Jurek Fiedoruk

Tagi: , ,

Swoją przygodę z muzykowaniem i budową instrumentów zacząłem pod koniec lat 90tych ubiegłego wieku 🙂 Kolega, który uczył się w szkole leśnej w Białowieży, przywiózł dłuta i pokazał technikę dłubania bębnów z pnia drzewa (jak się dowiedziałem po latach, pomysł ten trafił na Podlasie, za pośrednictwem kilku osób, przez Warszawę, z kręgów Jurka 'Słomy’ Słomińskiego). Ten sam człowiek nauczył mnie pierwszych rytmów, a że ochota na granie była ogromna – trzeba było tworzyć instrumenty! Chwilę później miałem przyjemność poznać i pracować z białostockim bębnorobem i kowalem Andrzejem Horbikiem. Z kolei w Puszczy Knyszyńskiej, w okolicach Czarnej Białostockiej 'wpadłem’ na ekipę dłubiących bębny, lepiących w glinie i uprawiających muzykowanie przy ogniu, zorientowanych na poszukiwania inspiracji w naturze, dredziastych leśnych skrzatów…

W międzyczasie pojawiło się też didjeridoo (podobną drogą jak bębny – z cywilizacji, przez Puszczę…). I to był mój dźwięk (do dzisiaj niewiele się zmieniło)! W ciągu kilku lat, na przełomie milenium, zbudowałem kilkadziesiąt tych instrumentów. Sprzedawałem je głównie w Szwajcarii. W 2005 roku byłem inicjatorem 'I-go Ogólnopolskiego Festiwalu Didjeridoo’ w Mielniku nad Bugiem. Ponadto zwiedzałem Europę, grając na ulicach miast i miasteczek. Poznawałem ludzi, nowe rytmy, instrumenty, chłonąłem dźwięki i zapachy…

W 2003r ukończyłem Małopolski Uniwersytet Ludowy we Wzdowie i od tamtej pory param się przede wszystkim ceramiką, a jak wiadomo brzmi ona przepięknie, zacząłem więc budować ceramiczne bębny z rodziny udu. Zaczynałem od lepienia z wałeczków i płatów, a od kilku lat toczę na kole garncarskim – czas pracy maleje, a i jakość wyrobów powoli wzrasta. Mam ochotę na spróbowanie sił z glinianymi aerofonami, ale na razie wiedza moja jest niedostateczna…

Obecnie zajmuję się głównie budową swojego domu nieopodal Ełku, na skraju Mazur Garbatych. Tutaj chcę kontynuować realizację marzeń… Na razie pracownia jest w trakcie przenosin. Idzie powolutku, ale zawsze do przodu. Byłem zmuszony do zajęcia przyszłego pokoju syna…

Zdjęcia z archiwum Jurka Fiedoruka

Kontakt

Jurek Fiedoruk

www.lipowa.tk
Ełk
tel 694 935 558

Krzysztof Siuty zwany „Sękiem”

Tagi: , , , ,

Nazywam się Krzysiek Siuty „Sęk”. Urodziłem się w Zakopanem w roku 1974. Pochodzę z góralskiej rodziny, a życie na Podhalu w naturalny sposób splecione jest z góralską muzyką i z przyrodą. Każda poważniejsza impreza typu: chrzciny, wesela, pogrzeby musi być ograna góralską muzyką. To muzyka wprowadza odpowiedni nastrój. Poza tym, w większości góralskich rodzin śpiewa się lub gra góralskie nuty bez specjalnej okazji, z potrzeby chwili, po to, by wyrazić czasem żal, smutek, a innym razem szczęście, euforię. Podobnie było i jest u mnie w domu. Od dziecka muzyka kojarzy mi się z przekazywaniem emocji.

Jako dziecko miałem wiele zainteresowań – sport (narty, piłka, ping pong), a szeroko rozumiana przyroda: las, grzyby, ryby i żyjątka, napotkane w lesie, na łące i w wodzie przykuwały moja uwagę. Od małego próbowałem wszystko wokół siebie narysować lub wyrzeźbić. Wylądowałem więc w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. A. Kenara w Zakopanem, ale… na meblarstwie artystycznym. Na meblarstwie, bo wydawało mi się, skoro nie umiem grać na skrzypcach, to nie mogę iść na lutnictwo. Teraz trochę tego żałuję. Będąc już na studiach – inżynieria środowiska na Politechnice Krakowskiej – postanowiłem, że muszę zrozumieć, jak to się dzieje, że skrzypek mając melodię w głowie, z taką biegłością przebiera palcami, że wygrywa tę melodię. Wydawało mi się to jakaś abstrakcją. Mój tata załatwił mi wtedy skrzypce. Chcąc „rozkminić” tę abstrakcję, zacząłem uczyć się grać. Uczyłem się sam, próbując grać ze słuchu, z taśm.

Potem przyszła fascynacja piscołkami. Udało mi się zakupić kilka słowackich, ponieważ rok rocznie jeździłem na słowackie festiwale folklorystyczne na detve, terchovą i vychodną i zacząłem trochę na nich grać. Ale znów zacząłem kombinować, żeby takie coś grające zrobić. Nie miałem odpowiednich wierteł, więc wypychałem rdzeń z bzu koralowego różnymi prętami …. W końcu udało mi się zrobić miniaturkę końcówki, która zagrała! Niestety wydawało mi się, że za cicho. Próbowałem ją poprawić i po kilku dniach zepsułem ją całkiem. To mnie zniechęciło. Następny instrument zrobiłem jakieś 15 lat później, w roku 2008.

Największą fascynacją muzyczną okazała się dla mnie fujara podpolańska z okolic Detvy w środkowej Słowacji. Usłyszałem ją w Zakopanem na przeglądzie muzyk łuku Karpat około roku 1992. Grał na niej jeden z najlepszych słowackich instrumentalistów Igor Danihel. Jej głos wydawał mi tak piękny, nietypowy, nostalgiczny, że zamarzyłem, żeby taką fujarę mieć. Pierwszą kupiłem dopiero w 2007 roku, potem jeszcze dwie. Przy zakupie jednej z nich, poprosiłem twórcę o zrobienie dodatkowego ustnika. Wyśmiał mnie, mówiąc, że wystarczy przewiercić kawałek patyka. I wtedy tak naprawdę się zaczęło. Od tych ustników. Zrobiłem ich kilka, potem zacząłem załatwiać specjalne wiertła, szyny do wiercenia. I Rozkładałem też instrumenty, które miałem w domu. Podglądałem, jak są zbudowane. Odtwarzałem metodą prób i błędów (częściej błędów) pierwsze końcówki, piscołki 6 otworowe, dwojnice, a na końcu fujary podpolańskie. Trochę się napsuło towaru… Ale z czasem coraz lepiej „popiskiwały.”

W roku 2010 zgłosiłem się na przegląd twórców instrumentów ludowych (Instrumentum Excellens) na Detve. Właśnie z ichniejszą fujarą detviańską oraz dwojnicą. Wystawiłem zrobione przeze mnie instrumenty oraz wystąpiłem na koncercie. Grałem na własnych instrumentach z  fujaristami, których znałem z płyt cd. Było to dla mnie olbrzymie wyróżnienie, gdyż skład grających na koncercie dobierał Igor Danihel. To zmotywowało mnie jeszcze bardziej, by bawić się moją pasją intensywniej. Tera każdą wolna chwilę poświęcam na zrobienie coraz to lepszych instrumentów. Początkowo instrumenty robiłem tylko dla siebie. Ale z czasem, raz jeden raz drugi znajomy wpada i pyta, czy nie wystrugałbym mu jakiegoś instrumentu i tak się rozkręciło. W roku 2014 wystawiałem swoje instrumenty na Międzynarodowym Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem.

 

Oprócz tego, że robię instrumenty mam żonę Teresę i 3 letnią córkę Julcię. Pracuję w PKL, jestem instruktorem narciarskim, tańczę, gram i śpiewam w zespole folklorystycznym „TABOR”, który inspirowany jest  tradycyjną muzyką i tańcem całych Karpat. Mamy w swoim repertuarze tańce węgierskie, rumuńskie, słowackie, mołdawskie cygańskie oraz podhalańskie. Jeśli nie jestem w pracy, na nartach, na próbie albo w lesie, to na pewno dłubię w jakimś patyku, próbując nadać  mu głos.

Mój pra pra dziadek od strony taty – Jan Folfas „Grzybek” – też wyrabiał instrumenty: dwojnice i piszczałki oraz grał na nich. Grał też na dudach, ale nie wiem, czy robił je sam. Nawiązałem więc do tradycji rodzinnych. Również od strony mojej mamy, która jest z rodziny Gąsienica Mracielnik, muzykowanie oraz zainteresowanie folklorem góralskim było bardzo żywe. Wpatrując się w drzewo genealogiczne rodziny, można odnaleźć bliskie spokrewnienie ze znanym myzykantem i gawędziarzem Janem Krzeptowskim Sabałą.

Przy wyrobie instrumentów, najważniejszy jest dobór towaru, tj. gatunku, ale przede wszystkim jakości drewna, gęstości usłojenia. Ja używam najczęściej: bzu czarnego, jesionu, śliwki, dzikiej róży. Już w lesie wiadomo, że jak się znajdzie piękny, zdrowy kawałek drewna to jest szansa na pięknie brzmiący instrument. Po ścięciu, najlepiej od razu przewiercić drewno. Tu najlepiej sprawdzają się stare ręczne wiertła, na Podhalu nazywane teblokami. Na czas wiercenia trzeba drewno sprostować przy pomocy imadeł i ścisków. Tu czeka nas setki obrotów wiertła przy pomocy rąk, od najmniejszego wiertła do coraz większego. Potem trzeba odczekać minimum rok. Potem zwykle znów trzeba wiercić do odpowiedniego rozmiaru przewiertu, gdyż pierwszy przewiert zwykle zsycha się o parę milimetrów. Jak się już doczekamy, to bierzemy się za kolejną brudną robotę, czyli okorowanie, heblowanie, tarnikowanie, wygładzanie papierami ściernymi, tak aby uzyskać odpowiednią grubość ścian. I wtedy czas na dłuta, nożyki, pilniki, bo trzeba zrobić tzw. okienko, szczelinę, języczek, czyli duszę instrumentu, gdzie powstaje głos. Potem dopasowuje się do tego kołek z odpowiednim nachyleniem do języczka i już powinno grać.  Zwykle jednak potrzeba jeszcze kilka korekt, zanim głos będzie czysty i przyjemny. Na początku, kiedy zaczynałem tę przygodę, korektom nie było końca. W efekcie instrument tracił głos i lądował w piecu. Nawet niewielkie części milimetra w tym elemencie decydują o tym, czy instrument będzie grał czy nie.  Jeśli podstawowe brzmienia na przeduchu są przyjemne w odsłuchu, bierzemy się za ustalenie tonacji. Do tego służy zwykły stroik elektroniczny lub inny postrojony instrument. Ucina się z długości fujarkę kawałek po kawałku, tak aby uzyskać idealny ton podstawowy w danej tonacji. Jeśli jest to końcówka czyli piszczałka bezotworowa, to możemy już na niej grać, ale jeśli ma to być piszczałka 6 otworowa lub 3 otworowa fujara lub fujarka, trzeba obliczyć rozstaw otworów dźwiękowych bocznych. Jest to o tyle skomplikowane , że nawet piszczałki w jednej tonacji, jeśli mają choć nieduże różnice w średnicy przewiertu, będą się różniły długością, wiec również rozstawem otworów. I tu kłania się fizyka i matematyka. Ja obliczyłem zależności odległościowe miedzy różnymi piszczałkami o różnych długościach i zrobiłem sobie swój wzór, z którego korzystam i jest dość niezawodny. Z tego, co wiem, każdy twórca ma swój wzór i jest to jego słodka tajemnica. Potem zostaje tylko wyżłobienie instrumentu. Ja rzeźbię motywy geometryczne, rozety, motywy roślinne, zwierzęce, czasem inkrustuje lub wcinam intarsje, bejcuje, wypalam kwasem, a na końcu lakieruje szelakiem. Jeśli chodzi o fujary detvanskie oprócz głównej fujary, która wygląda, jak zwykła piszczałka 6 otworowa (z tym, że np. w najbardziej powszechnej w tonacji G, ma około 170cm długości, dlatego ma tylko 3 dolne otwory, bo górnych i tak nie dało by się używać), trzeba dorobić jeszcze przewód doprowadzający powietrze do głównej fujary (ten przewód z obu stron zatykamy korkiem), kołek spajający obie oraz ustnik. Całość wiąże się rzemieniem. Otwór z góry (tam, gdzie w zwykłych fujarkach się dmucha) zapycha się kawałkiem skóry. Jeszcze tylko zapuścić wnętrze instrumentu parafiną ciekłą, dla ochrony przed wilgocią i można już na niej czarować niesamowite dźwięki. Pomimo tego, że fujary mają tylko 3 otwory, dzięki przedęciu można na nich zagrać dwie oktawy, tak jak na piszczałkach 6 otworowych. Oprócz takich fujar robię tez fujary 3 otworowe,  takie jak ta niedawno znaleziona na Podhalu w Białym Dunajcu (ma prawdopodobnie więcej niż 150lat)  i znajduje się w Muzeum Tatrzańskim. Zrobiłem kopię tej fujary.

Robię instrumenty we wszystkich tonacjach, na konkretne zamówienia. Od czasu do czasu, zrobię dla odmiany jakiś mebelek, półkę, kołyskę lub „malnę” jakiś portret. Ale to instrumenty dają mi najwięcej satysfakcji. Mają duszę. Każdy jest inny. Każdy ma inną, niepowtarzalną barwę dźwięku, zależną od drewna. Najlepiej dobierać je do barwy głosu instrumentalisty. Wtedy powstaje spójność, a każdy wdmuchany do nich strumień ciepłego powietrza, ożywia drewno na nowo.

Zdjęcia Piotr i Dorota Piszczatowscy

Kontakt

Krzysztof Siuty

Zakopane

tel. 889343497
e-mail: siutyx@wp.pl
Wolę kontakt telefoniczny☺

Mariusz Raźny

Bębniarzem chciałem być już od dziecka, kiedy to pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem bębny etniczne. W 1999r. kupiłem swój pierwszy mały bęben djembe. Równolegle z nauką gry na bębnach szły pierwsze próby robienia własnych bębnów.
Po kilku latach poszukiwań postanowiłem potraktować ten instrument bardziej poważnie i nauczyć się na nim grać tak, jak grają na nim ci, którzy go wymyślili.  Dostęp do informacji był ograniczony, więc starałem się być na wszystkich  warsztatach prowadzonych w Polsce przez afrykańskich mistrzów djembe. Nie tylko poszerzało to moją wiedzę muzyczną, ale dawało również możliwość obcowania z oryginalnymi instrumentami.
Od 2005 roku prowadzę regularne warsztaty bębniarskie w Jeleniej Górze, tam też trzy lata później założyłem grupę perkusyjną Tiriba. Ważnym punktem na drodze rozwoju była moja podróż do Gwinei, kraju gdzie powstał bęben djembe i kultura z nim związana. Ważką lekcją były dla mnie spotkania z lokalnymi rzemieślnikami produkującymi bębny djembe i dundun. Możliwość obserwacji ich przy pracy oraz narzędzia jakie od nich kupiłem znacznie poprawiły jakość moich instrumentów.
W 2013 roku otworzyłem oficjalnie swoją Pracownię Bębnów, w której produkuję głównie bębny afrykańskie djembe i dundun. Bębny robię ręcznie za pomocą cioseł, dłut, siekier… Na korpusy wykorzystuję różne gatunki drzew. Są to m. in.: olcha, topola, jawor, klon, jesion, czereśnia, dąb. Jako membrany wykorzystuję afrykańskie skóry kozie lub skóry cielęce i krowie rodzimego pochodzenia.
Mam szczęście, że moja praca to moja pasja.
Mariusz Raźny

No Images found.

zdjęcia z archiwum Mariusza Raźnego

KONTAKT
tel 605 332 994

Tomasz Drozdek i Wojciech Dzienniak

tagi: , , , , ,

SAMOWTÓR (staropolskie „we dwóch”) to projekt, który jest owocem połączenia artystycznej wizji rzeźbiarza z muzycznym zmysłem multi-instrumentalisty.
Projekt realizują dwaj panowie. Pierwszy z nich  to Wojciech Dzienniak – artysta rzeźbiarz, zajmujący się od 20 lat ceramiką. Tworzy rzeźby oraz dekoracyjne i użytkowe formy rzeźbiarskie, głównie naczynia: wazony, misy, talerze i inne. Od wielu lat zajmuje się również rysunkiem. Drugi to Tomasz Drozdek, znany również jako T.ETNO – perkusista, perkusjonalista, multi-instrumentalista etniczny, kolekcjoner instrumentów z różnych stron świata. Aktualnie członek m.in. MUMIO, oraz zespołu Makabunda, grającego polskie szlagiery przedwojenne. W swoim solowym projekcie T.ETNO Tomasz łączy brzmienia instrumentów etnicznych (ma ich ponad 200) z elektroniką i techniką loopingu. Prowadzi również swoje autorskie warsztaty i pokazy instrumentów. W jego ofercie znajdują się m.in. warsztaty tworzenia instrumentów recyklingowych.

Wojciecha i Tomasza łącza więzy prawie rodzinne, bowiem ten pierwszy jest ojcem chrzestnym córki tego drugiego. Kiedy kilka lat temu spotkali się i zaczęli poznawać zauważyli, że mimo różnych dziedzin jakimi się zajmują jest coś, co łączy pozornie dwa odległe od siebie światy, a mianowicie instrumenty z gliny. Kiedy Tomasz opowiedział o afrykańskich instrumentach udu, niewiele było trzeba, aby Wojciech zaproponował mu wspólne wykonanie własnej, polskiej wersji tegoż instrumentu. I tak to panowie zaczęli działać „samowtór”, czyli wspólnie, we dwóch.

Wojciech nauczył Tomasza kleić formy z gliny i tak powstało pierwsze udu, które jak się zaraz okazało miało sporo za grube ścianki i jego brzmienie pozostawiało dużo do życzenia. Ręce obu panów przerzuciły jeszcze potem wiele kilogramów ziemistego budulca, co skutkowało powstawaniem coraz to nowszych doskonalszych egzemplarzy. Niektóre z nich przybierały też mocno artystyczne formy – tu upust swojej fantazji dawał Wojciech. Tomasz z kolei zawsze patrzył na praktyczne zastosowanie glinianych tworów jako instrumentów. Gdzieś pomiędzy muzyczną użytecznością a artystycznym wyglądem powstały dwa sztandarowe „samowtórowe” instrumenty z gliny: „udu-darabuka” oraz „udu-samowtór”. Pierwszy z nich to połączenie płaskiej glinianej powierzchni, która po uderzeniu wydaje dźwięki podobne do darabuki oraz tradycyjnego udu. Drugi instrument to muzyczny koncept Tomasza – jest to połączenie darabuki, udu, guiro i dwóch małych bębenków. Instrument wymaga specjalnej techniki gry, która jednak nie jest specjalnie trudna dla kogoś, kto choć trochę próbował grać na instrumentach uderzanych.

Panowie nadal pracują nad kolejnymi muzyczno-glinianymi pomysłami. W planach jest stworzenie nowych kształtów udu, połączenie udu z darabuką wyposażoną w skórzany naciąg oraz tworzenie innych instrumentów, takich jak np. gliniany ksylofon.

„Samowtórowe” instrumenty najczęściej są zamawiane przez osoby mające coś wspólnego z grą na instrumentach perkusyjnych. Jednak zdarza się też, że trafiają do muzycznych laików. Niepowtarzalne walory artystyczne muzycznych rękodzieł czynią z nich nie tylko unikatowe instrumenty, ale również przedmioty pięknie zdobiące wnętrza. 🙂 Dźwięki z gliny regularnie pojawiają się też na prowadzonych przez Tomasza warsztatach oraz z w jego produkcjach muzycznych.

Zdjęcia z archiwum Tomasza Drozdka i Wojciecha Dzienniaka

Kontakt:
tomasz.drozdek@gmail.com

http://tomaszdrozdek.wix.com/samowtor
http://dzienniak.art.pl/
http://tomaszdrozdek.info/

https://www.facebook.com/samowtor

Mirosław Prymek

Tagi: 

Wszystko zaczęło się w latach 80-tych. Pracując wówczas w handlu zagranicznym, realizowałem kontrakt na przebudowę organów w Berlinie Zachodnim, której dokonać miała firma Kamińskich z Warszawy. Mając ciągły kontakt z instrumentem, złapałem bakcyla. Zaprzyjaźniony z firmą sam postanowiłem nauczyć się u nich zawodu organmistrza. Po zdobyciu kwalifikacji, zdaniu egzaminów w cechu rzemiosł różnych i otrzymaniu uprawnień do wykonywania zawodu otworzyłem własną firmę. Przez 21 lat firma przeprowadziła szereg remontów i budowy organów od podstaw w wielu miejscowościach całej Polski.

Organmistrzostwo nie jest zwykłą pracą. To pasja, której poświęca się wiele czasu i serca. Nie wiadomo kiedy staje się częścią rodziny. Kiedy moje córki były młodsze, zabierałem je w podróże po polskich kościołach. Pomagały mi przy remontowaniu organów. Starannie czyściły piszczałki, okazywały swój talent kompozytorski, kiedy należało wystroić instrument. Zawsze były to dodatkowe ręce do pomocy. Był ktoś, z kim można było zamienić słówko podczas całodniowych posiedzeń na chórach. Sukcesywnie swoją pasją zarażałem również żonę Małgosię. Początkowo, pomagając mi, zastępowała dorastające dzieci. Teraz to właśnie ona maluje i zdobi katarynki, cierpliwie skleja mieszki, a przede wszystkim wspiera mnie duchowo.

Zainteresowanie mechanizmami samogrającymi wyzwoliły we mnie chęć spróbowania czegoś nowego. Zapytany czy nie wybudowałbym katarynki, po długim zastanowieniu postanowiłem podjąć się tego wyzwania. Pierwsza w mojej karierze katarynka była mechaniczna, zbudowana na walec. Okazało się również, że jest to pierwsza wybudowana po II Wojnie Światowej polska katarynka. Kolejne budowane przeze mnie katarynki były pneumatyczne na taśmę perforowaną. Funkcję dekoratorki przejęła zaś moja żona. To ona ozdabia katarynki, maluje wzory i sprawia, że stają się one balsamem nie tylko dla uszu ale także dla oczu.

 

zdjęcia z archiwum Mirosława Prymka

KONTAKT

Mirosław Prymek 
+48 505 148 245 
miroslaw.prymek@gmail.com

Stanisław Piwowarczyk

Tagi: 

Moje zainteresowanie budową trombit i rogów pasterskich zaczęło się od chwili, gdy zacząłem tańczyć w zespołach regionalnych. Później po zrobieniu kursów i studium instruktorów tańca sam zacząłem prowadzić zespoły. Pierwsze instrumenty nie były zbyt udane, ale z biegiem czasu, obserwując innych twórców, takich jak Jan Kawulok powoli dochodziłem do wprawy i robię coraz lepsze instrumenty. Trombity i rogi pasterskie mogą być wykonywane z takiego drewna jak świerk rezonansowy, jawor, buk i brzoza. Trzeba sobie zdać sprawę, że całość jest wykonywana ręcznie, takimi narzędziami jak ośnik, strug i różnego rodzaju dłuta. Mechanicznie, drzewo można przeciąć jedynie wzdłuż. Służy do tego piła taśmowa. Dużym problemem jest znalezienie odpowiedniego drzewa. Potrafię miesiącami szukać drzewa, które odpowiadałoby mi jakością i kształtem. Ścinam jedynie zimą, kiedy drewno jest zwarte i pozbawione wody.

Wykonane przeze mnie trombity mają takie zespoły jak: „Ziemia Żywiecka”, Golec Orkiestra, Pit Jubilat ze Świdnicy, zespół UMCS z Lublina oraz Muzea w Żywcu i w Szydłowcu.  Moje trombity zawędrowały też do Belgii i Francji.

« 1 z 2 »

zdjęcia Piotr Piszczatowski

KONTAKT

Stanisław Piwowarczyk
Żabnica
tel: 33 8251428 

Jarek Mazur i Jakub Augustyn

Tagi: , , ,

Fujarka używana na terenie Puszczy Sandomierskiej była kiedyś instrumentem powszechnym. Grały na niej małe dzieci, kawalerka uderzająca w konkury i starsi mężczyźni przy pilnowaniu pasącego się bydła. To właśnie na fujarce grał Paweł Kalinka – muzykant, od którego Witold Lutosławski spisał nuty „Cebuli”, „Lasowiaka” i „Hurra Polki” – utworów wchodzących w skład „Małej Suity”.

Fujarka, w trakcie przyspieszonej industrializacji w latach gomułkowskiego komunizmu, tak samo, jak gwara i rodzimy obyczaj, zaczęła być przedmiotem wstydliwym. Zarzucono jej budowanie. Zapomnieniu uległa technika gry. Do dziś wyrabia się w Leżajsku podobne instrumenty, jednak ze względu na maszynowy sposób produkcji wyprodukowane egzemplarze nie nadają się do gry.

Na podstawie relacji naocznych świadków, a zwłaszcza Stanisława Stępnia z Korczowisk (1920), podjąłem się wraz z kolegą Jakubem Augustynem rekonstrukcji zapomnianego instrumentu. Oprócz opowieści, dysponowałem fotografią grającego Pawła Kalinki. Zrekonstruowane instrumenty nadają się do praktyki wykonawczej i szeroko rozumianej edukacji.

Materiałem do budowy zrekonstruowanych fujarek był m.in.: jawor, kora wierzbowa i czarny bez. Czarny bez od wieków uznawany był za roślinę magiczną. Stanowił budulec wielu instrumentów dętych używanych w kulturze pasterskiej i to właśnie z czarnego bzu powstały egzemplarze okazowe naszych fujarek. Drewno bzu czarnego jest twarde i odporne na wilgoć. Materiał na piszczałki najlepiej zbierać zimą. Drewno, które posłużyło do wykonania egzemplarzy okazowych pochodziło z 4- letnich sezonowanych zbiorów.  Drewno z czarnego bzu przez stulecia chętnie wykorzystywano do budowy instrumentów dętych z racji pustych konarów, a dokładnie rzecz ujmując konarów wypełnionych białym, lekkim rdzeniem, łatwym do wypchnięcia przy pomocy np. cienkiego patyka. Po oczyszczeniu wnętrza konarów, puste otwory trzeba poszerzyć do odpowiedniej średnicy. Do tego celu posłużył nam stary międzywojenny świder ręczny. Labium, czyli miejsce gdzie rozpoczyna się dźwięk, zostało wykonane ręcznie, z największa precyzją, za pomocą odpowiednich dłut.

Wielkość instrumentów była zróżnicowana: od kilkunastu centymetrów do około 60 cm. Większość ozdobiliśmy  motywami roślinnymi. Otwory palcowe zostały dodatkowo wypalone w celu odpowiedniego zabezpieczenia. Całość została pokryta specjalną mieszanką: oleju lnianego, terpentyny, olejku cytrynowego w celu zabezpieczenia przed wilgocią oraz zabrudzeniami.

Rozpiętość dźwięków fujarek była różna i zależna od ich menzury. Dla piszczałek o wąskiej menzurze można bez trudności zagrać 2 oktawy. Skala instrumentu dla stroju D wygląda następująco D, E, Fis, G, A, H, cis1, d1. Bez “pół-dziurek” można wydobyć również dźwięki Gis, C, co daje możliwość łatwego grania skali lidyjskiej D, E, Fis, Gis, A, H, Cis.

 

Zdjęcia z archiwum Jarka Mazura

 

Kontakt

Jarek Mazur

607 364 307
facebook.com/emjarek

Tadeusz Krężel

Tagi: 

Moja przygoda z muzyką zaczęła się z chwilą kiedy tato kupił dziewięcioletniemu synowi akordeon Muza, pulpit i książkę: „Szkoła gry na akordeonie”. Niechętnie aczkolwiek bez problemu dostałem się do Szkoły Muzycznej w Katowicach. Edukowałem się muzycznie kilkanaście lat. Grałem także w górniczej orkiestrze dętej. Muzykowanie zarzuciłem jednak na prawie trzydzieści lat. Będąc na emeryturze przypomniałem sobie słowa taty, który jako zachętę do ćwiczenia,często powtarzał: „Grej synek grej ,nigdy nie wiesz, co ci się w życiu przydo”. I przydało się. Cztery lata temu ,przypadkiem natrafiłem na filmik pokazujący jak mieszkańcy Apallachów gór U.S.A., jako instrumentu perkusyjnego używają,stepującej,  drewnianej lalki. Bardzo rozbawił mnie ten film, zrobiłem podobną lalkę, i tak się zaczęło. Okazało się że taki akompaniament to ciekawa i przyjemna zabawa. Zrobiłem kilka 'Limber Jack-ów’ a to że odkurzyłem zapomniany akordeon zmusiło mnie do wykonania platform napędzanych siłą nóg. Tym samym ,utworzyłem zabawną sekcję rytmiczną do muzyki którą gram na akordeonie. Okazało się że taki wytwór spodobał się nie tylko dzieciom.

Materiały których używam to to co mam pod ręką czyli najczęściej drewno. Narzędzia to: wyrzynarka,ośnik, pilnik i dłuto. Warsztat umieszczam przeważnie nad wanną w łazience lub w plenerze.

Zestaw instrumentów stale się rozrasta. Podstawę stanowią dwie platformy z kilkoma tańczącymi lalkami. Jest tam pies, żaba, orzeł i ludziki.Do tego: dyrusarz korbowy i dzwonkowy, orz waszbrety-tary do prania. Prowadzę także warsztaty na których robimy proste, drewniane zabawki mające pierwowzór w osiemnastym wieku.  Moje występy mają charakter pokazów i wspólnej zabawy, zapraszam dorosłych i dzieci.Zdarza się że ktoś bardzo rozochocony zabawą zniszczy jakiś instrument, to nic, zaraz naprawiam i bawimy się dalej. Wszystkiego można dotknąć i wypróbować.

Zapraszają mnie z pokazem do szkół,szpitali pediatrycznych,na jarmarki rękodzielnicze. Cieszę się z tego co robię i widzę że cieszą się ludzie których zachęcam do przygody z muzyką.

Zdjęcia: Piotr i Dorota Piszczatowscy

KONTAKT

Tadeusz Krężel
tel: 501 653 835
Katowice 

Andrzej Włodarczyk

Tagi: 

Kim jestem: muzykiem, muzykantem, twórcą instrumentów, kolekcjonerem, pasjonatem? Sam nie wiem, jak o sobie myśleć. Chyba wszystkie te postacie gdzieś we mnie tkwią od dziecka. Przygoda z instrumentami zaczęła się od zbudowania pierwszego cajona dla siebie, a właściwie 10-ciu cajonów o różnych wymiarach, kształtach, brzmieniach.

Cajon jest instrumentem znanym od dawna. Ja szukam bardziej współczesnego brzmienia tego instrumentu, przypominającego dzisiejsze brzmienia perkusyjne. Uczę się cały czas. Testuję nowe gatunki drzew i sklejek. Uwielbiam wymyślać nowe przeszkadzajki, cajony i inne instrumenty takie jak, cajonito, cajinto, shakery, bongo cajon. Jest tego sporo.

Wykonanie cajon to dla mnie od 3 do 7 dni. Każdy instrument jest przeze mnie osobno dostrajany, dużo testuję. Inspirację czerpię głównie od muzyków, którzy grają na wykonanych przeze mnie instrumentach i dzielą się cennymii uwagami zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi. Moi klienci to przede wszystkim ludzie szukający nowych brzmień. Daję im możliwość zwrotu, zamiany instrumentu w przypadku, gdyby byli niezadowoleni z efektów mojej pracy.

Chciałbym żeby kiedyś to hobby stało się sposobem na życie.

 

zdjęcia z archiwum Andrzeja Włodarczyka

 

KONTAKT

email: awcajon@gmail.com
http://awcajon.pl ,
https://www.facebook.com/AWCajon

Kazimierz Królik

Tagi:
     Z zawodu i z zamiłowania jestem stolarzem. Wykształciłem czterdziestu uczniów. Dodatkową moją pasją jest muzyka ludowa.
      Pierwsze kontakty ze skrzypcami miałem jako 6-letnie dziecko: mój wujek był nauczycielem i grał na skrzypcach. Od wielu lat sam gram na skrzypcach w Kapeli Mogilanie i Kapeli Mogilańskie Wierchy. Jest we mnie naturalna ciekawość do tworzenia instrumentów. W latach 60-tych ubiegłego wieku, jako młody chłopak powodowany potrzebą i brakiem dostępu do instrumentów, wykonałem dla siebie gitarę elektryczną (grałem wtedy w zespole Qmotry). Kolejnym instrumentem, który zrobiłem była gitara basowa. Przy jej obmyślaniu wzorowałem się na fotografii zamieszczonej w gazecie. Największym kłopotem było utrzymanie menzury tj. poprawnego rozstawienia progów. Ten problem w końcu rozwiązałem z moim bratem Tadeuszem.
     W 1984 roku stałem się współzałożycielem zespołu regionalnego Mogilanie. Na potrzeby naszego muzykowania wykonałem po raz pierwszy 3-strunowe basy. Punktem wyjścia w budowaniu tego instrumentu i inspiracją były dla mnie fragmenty wiekowych basów ludowych odnalezione na strychu. Rekonstruktorską analizę połączyłem z wiedzą stolarską i udało się! Na przestrzeni lat zbudowałem w sumie osiem sztuk basów, w tym cztery nieodpłatnie dla: Kapeli Mogilanie, Kapeli Mogilańskie Wierchy i podopiecznych Konwentu Bonifratrów. Basy to instrument dużo mniejszy od kontrabasu, niezwykle przyjazny w użytkowaniu. Z powodu odkręcanego podnóżka są bardzo łatwe w transporcie (z powodzeniem mieszczą się na przednim siedzeniu małego samochodu osobowego).

     Na wykonanie basów potrzebuję około 5 miesięcy. W budowanie wkładam dużo serca i uwagi po to, aby instrument posiadał piękną, głęboką barwę i duszę. Stosownie do okoliczności, w których będą używane basy i potrzeb muzykujących na nich osób, instrumenty posiadają rozmaite unikalne detale i inskrypcje.

Zdjęcia z archiwum Kazimierza Królika

Kontakt
Kazimierz Królik
Mogilany
tel: 667 630 921